Smutno mi. Źle mi. Okropnie mi. Chcę umrzeć. Pragnę zniknąć. Na jakiś czas. Sen to jedyna ucieczka od rzeczywistości. Dlaczego przeżywam to wszystko tak bardzo, tak dogłębnie, tak intensywnie? Dlaczego nie potrafię przejść obok tego obojętnie z dumnie postawioną głową? Życie tak bardzo boli, tak bardzo daje w kość, tak bardzo kopie, szczypie, drapie, gryzie. Tak bardzo uwiera. A ja nie chcę więcej tak się czuć. Byłam szczęśliwa. Przez chwilę, przez krótki moment. Uśmiechałam się. Ale los znowu ze mnie zakpił. Pokazał jaka jestem żałosna, naiwna i słaba. Zaśmiał się ze mnie. A ja.. a ja przecież chciałam tylko odrobinę szczęścia, poczucie ciepła. Myślałam, że jestem ważna. Śmieszne. Pozwoliłam sobie tak myśleć, ale tak naprawdę byłam nikim. Nieświadomą marionetką. Pieprzoną zabawką. Odskocznią od świata. Wyspą. Nigdy nie będę dla nikogo stałym lądem. Numerem jeden. Najważniejszą. Najlepszą. Najładniejszą.
Znowu muszę zapomnieć. A tak trudno wyrzucić kogoś z głowy, kto zaszył się na dobre. Z serca tym bardziej. Dlaczego to spotkało mnie? Moja dusza znowu umiera. Znowu jest mi smutno. Znowu nie widzę sensu. Znowu zamykam się na ludzi. Znowu uciekam.
Precz z miłością. Precz z przywiązywaniem. Strata bliskich osób za bardzo boli.
Idę przytulić się do swojej samotności.
Ja mam kryzys permanentny. Jestem typem depresyjnym, trudno jest mi się cieszyć z czegokolwiek, widzę świat w ciemnych barwach. Jest fajnie, bo pijemy herbatę, gadamy, jest ładna pogoda, ale mam w sobie czarną dziurę, która cały czas promieniuje. Jak każdy zneurotyzowany typ przeżywam momenty euforii. Im większa euforia, tym potem większy dół. Taka sinusoida, bez równowagi.
Niemożna wejść do czyjegoś życia, narobić chaosu i po prostu wyjść. Tak niemożna. Tak się nie robi.